Józkiem na Morze Czerwone. Jak garstka studentów z Krakowa popłynęła nurkowa był s/y „Joseph Conrad”
30 cze
Józkiem na Morze Czerwone. Jak garstka studentów z Krakowa popłynęła nurkować tam, gdzie nikt przed nimi nie nurkował
Jest jesień 1984 roku. W mieszkaniu kierownika szkolenia Akademickiego Klubu Podwodnego „Nototenia" przy AWF Kraków rozlega się pukanie do drzwi. Bez zapowiedzi, bez ceregieli, wchodzi dwóch studentów – Bogdan i Adaś. Nie przyszli na pogawędkę. Mają jedno zdanie gotowe na start: chcemy nurkować w Morzu Czerwonym, dopłynąć tam jachtem, a ty zostań naszym kierownikiem wyprawy.
Gospodarz, znany z opowieści o karaibskich rafach i żeglarskich przygodach, na chwilę traci mowę. Co? Gdzie? Jak? Za co? Na czym? Jak długo? Pytania sypią się jedno po drugim, ale odpowiedź, która pada z drugiej strony, jest rozbrajająco prosta: wam się udało, więc dlaczego nam się ma nie udać.
Tak zaczyna się jedna z najbardziej szalonych studenckich przygód PRL-u – wyprawa żeglarsko-nurkowa „Afryka 85/86".
Komin, gruz i 300 listów bez odpowiedzi
Marzenie o Morzu Czerwonym to jedno. Sfinansowanie go w połowie lat 80. to zupełnie inna bajka. Organizatorzy wystrzelili ponad 300 listów do firm państwowych i prywatnych z prośbą o sponsoring. Efekt? Zero. Ani jednej pozytywnej odpowiedzi przez pół roku. Kryzys gospodarczy i niepewność polityczna sprawiły, że dyrektorzy państwowych zakładów przestali być hojni, a raczkujący prywaciarze byli zwyczajnie zbyt biedni.
Trzeba było więc zarabiać samemu. I tu historia robi się naprawdę dobra.
Znajomi harcerze poskarżyli się kiedyś, że mieli zlecenie na zburzenie komina, ale zabrakło im fachowców. Ekipa od razu to przejęła – i przy pomocy ślusarzy z AWF oraz wynajętego dźwigu, w kilkanaście minut 20-metrowy metalowy komin leżał na ziemi. Pierwsze, łatwo zarobione pieniądze otworzyły oczy: można działać dalej. Współpraca ze Studencką Spółdzielnią Pracy „Żaczek" zaowocowała kolejnymi zleceniami, a prawdziwą żyłą złota okazało się niemal roczne usuwanie szlamu i gruzu spod walcowni stali w Hucie im. Lenina – na trzy zmiany, przez prawie rok. To właśnie ten kontrakt sfinansował całą wyprawę – i jeszcze zostało na kieszonkowe.
Pieniądze to jednak nie wszystko. W socjalistycznej rzeczywistości posiadanie złotówek wcale nie gwarantowało, że cokolwiek się kupi. Wyprawowe pisma z oficjalną pieczątką trafiały do dyrektorów sklepów i przedsiębiorstw, a determinacja czasem robiła więcej niż dokumenty. Anegdota roku: Krzysztof, wysłany do zakładów Łucznik w Radomiu po maszyny do szycia, słyszy od sekretarki dyrektora stanowcze „nie ma szans". Odpowiada krótko: ja nie do Pani przyjechałem, tylko do Pana Dyrektora. Chwilę później taszczy zakupiony sprzęt do pociągu.
Józek – stary wilk morski, który nie zna litości dla fal
Bohaterem całej opowieści jest jacht – s/y „Joseph Conrad" PZ-21, znany wszystkim po prostu jako Józek. Zbudowany w Stoczni Gdańskiej w 1958 roku, stalowy kecz typu J-140, 18 metrów długości, 144 m² żagli i 12 koi. Stary, ale – jak się okazało – stworzony właśnie do takich warunków: zimowej żeglugi przez Bałtyk, Morze Północne, Atlantyk i Morze Śródziemne.
Przed wypłynięciem ekipa spędziła w Gdyni 20 dni intensywnej pracy: naprawiano wszystkie 16 żagli, pompy zęzowe, urządzenia nawigacyjne, silnik, olinowanie. Malowano kadłub od środka i z zewnątrz, demagnetyzowano go, przedłużano kartę bezpieczeństwa. Armator przekazał jacht „w stanie surowym" – mimo zapłaty za czarter, całą resztę trzeba było zrobić własnymi rękami.
29 września 1985 roku Józek odbił od nabrzeża w Gdyni. Zaczął się pierwszy etap rejsu – do Pireusu, przez Kilonię, Amsterdam, Lizbonę, Maderę, Gibraltar, Maltę, Aleksandrię. 7325 mil morskich w cztery miesiące, w środku jesienno-zimowych sztormów Bałtyku i Morza Północnego.
Druga zmiana, drugi etap, te same kłopoty na granicach
Styczeń 1986. Nowa ekipa wyrusza z Krakowa autobusem – przez Węgry, Jugosławię i Bułgarię do Aten, żeby przejąć czekający w Pireusie jacht. Tydzień drogi, szczegółowe kontrole na każdej granicy. Na przejściu bułgarsko-greckim autobus wypełniony paczkami z żywnością i sprzętem nurkowym budzi tak duże podejrzenia celników, że cała grupa jedzie do Pireusu pod eskortą celną. Dopiero po kilku dniach negocjacji udaje się przekonać władze, by zaplombować sprzęt w forpiku jachtu – z możliwością użycia go po opuszczeniu Grecji.
30 stycznia 1986 roku Józek wreszcie odbija na południe. I od razu dostaje łupnia – ostry bejdewind, wiatr 4–7°B, wysoka fala, rwący się bezan. Szycie żagli stanie się odtąd codziennym rytuałem załogi – przez kolejne 4,5 miesiąca, w każdej wolnej chwili.
Po krótkim postoju na Krecie (gdzie zła pogoda nie chciała wcale ustąpić, mimo że płynęli na południe) ruszają w stronę Port Saidu. Sztorm do 8°B, rozdarta genua, fok, który nie wytrzymuje – a chwilę potem, gdy w końcu łapią wiatr na baksztagu, lecą 8–10 węzłów. Tuż przed portem wiatr nagle siada i ostatnie mile pokonują w żółwim tempie.
Kanał Sueski okazuje się być osobnym, kosztownym wyzwaniem biurokratycznym. Obowiązkowa wymiana 150 dolarów na miejscowe funty (równowartość pięciu pensji nauczyciela akademickiego!), urzędnicy, którzy mają na wszystko czas, i opłata ostatecznie ponad dwukrotnie wyższa niż standardowa – bo dwunastoosobowa załoga jachtu należącego do AZS została zakwalifikowana jako „statek szkolny prowadzący działalność gospodarczą".
Wreszcie rafa
16 lutego 1986 roku, po ponad roku przygotowań, czterech miesiącach żeglugi pierwszej grupy i osiemnastu dniach drugiej – zaczyna się to, po co tak naprawdę cała ta epopeja się odbyła.
Pierwsza wyspa, South Qeisum, trochę rozczarowuje – rafa płytka, do dwóch metrów, w niewielkich koloniach. Ale drugiego dnia ekipa wiosłuje pontonem (bez silnika, żeby oszczędzać paliwo) przez 2,5 godziny do oddalonej o trzy mile wyspy – i odkrywa rafę, na której, jak im się wydaje, nikt wcześniej nie nurkował. Wracają o zmierzchu, zmęczeni, ze złamanym wiosłem, ostatni odcinek holując ponton wpław. Szczęśliwi jak dzieci.
Potem przychodzi czas na głębsze nurkowania – do 20, 35, a nawet 60 metrów przy Gübal Island Shab. Poszukiwania zatopionego wraku kończą się fiaskiem (mimo zejścia na prawie 50 metrów), za to pojawia się żółw, który na chwilę zamienia się w „podwodny skuter" – każdy robi sobie rundkę, trzymając się jego skorupy. Inna grupa trafia na pionową ścianę schodzącą w głąb, pełną gorgonii Wenery i muszli, jakich wcześniej nie widzieli.
Z czasem nurkowie stają się coraz bardziej wybredni – zaczyna się prywatna licytacja, kto widział pod wodą coś większego albo bardziej niezwykłego. Murenom, nazywanym „psami morskimi", patrzą prosto w zęby. Jedna z nich, upolowana kuszą, waży około 20 kilogramów i mierzy ponad 180 centymetrów – starcza na obiad dla wszystkich na kilka dni.
Najpiękniejszym miejscem całej wyprawy okazuje się Shab Saghi tal Umm Qamar, niedaleko Hurgady – rafa w kształcie ogromnego pnia drzewa, sięgająca niemal lustra wody. A na sam koniec, mimo że czas już goni, ekipa robi sobie prezent: jeden dzień przy legendarnym Ras Muhamad. Silny wiatr, rozfalowane morze, ryzyko spotkania rekina w mętnej wodzie – i mimo to, czterdzieści minut, które autor wspomina jako najsilniejsze wrażenie z całej wyprawy. Ogromne słupy skalne porośnięte koralami i ukwiałami, w które wplecione są stada małych, kolorowych ryb tańczących w rytm fal.
Piętnaście dni nurkowania w sześciu różnych miejscach. Krótko – ale, jak pisze sam autor, ten niedosyt zmusił ich do tego, by korzystać z każdej chwili maksymalnie intensywnie.
Wielkanoc na środku morza i wyrostek dwa dni przed metą
Droga powrotna trwa ponad dwa miesiące i obfituje w równie barwne epizody co rejs tam. Kanał Sueski znowu traktuje ich jak „jacht szkolny" – kolejne 350 dolarów i stracone dni mimo interwencji w polskiej ambasadzie. Wycieczka do Kairu kończy się przejażdżką na wielbłądzie pod piramidami w Gizie.
Kiedy kończy się chleb, ziemniaki i masło, na jachcie wybucha „szał pieczenia" – wachty kambuzowe prześcigają się w wypiekaniu chleba (najpierw w szybkowarze na specjalnie skonstruowanym ruszcie, potem w odkrytym piekarniku), a Wielkanoc na pełnym morzu obchodzą z pietyzmem godnym najlepszych rodzinnych tradycji: cztery rodzaje ciast, czytanie Pisma Świętego, dzielenie się jajkiem i uroczyste śniadanie trwające do wieczora. Nawet I oficer, formalnie zwolniony z obowiązków kuchennych, piecze okazałą babkę z przepisu swojej mamy.
Capri zachwyca lazurowymi grotami, Korsyka funduje im sztorm i dziesięciodniową gehennę zamiast planowanych trzech dni, a dwa dni przed Gdynią jednego z załogantów – Zdzicha – dopada ostre zapalenie wyrostka. Sprawna akcja kończy się ewakuacją helikopterem prosto z pokładu.
4 czerwca 1986 roku Józek wpływa do Gdyni. Za rufą zostaje 13 961 mil morskich, niespełna dziewięć miesięcy w drodze i 50 portów odwiedzonych przez 28 uczestników obu etapów.
Czy było warto?
Autor sam zadaje sobie to pytanie we wspomnieniach – i sam przyznaje, że dziś pewnie większość wybrałaby łatwiejszą, tańszą drogę do tych samych marzeń. Ale w realiach PRL-u, gdzie turystyka kwalifikowana poza granicami kraju była luksusem niemal nieosiągalnym, a bariery ekonomiczne dokuczały bardziej niż polityczne, ta wyprawa była dowodem na coś znacznie ważniejszego niż sama rafa koralowa: że garstka zdeterminowanych ludzi z marzeniem potrafi dokonać czegoś, co z zewnątrz wygląda na zupełnie nierealne.
Wszyscy uczestnicy do dziś zajmują się żeglarstwem albo nurkowaniem. Część zdobyła uprawnienia kapitańskie, inni wysokie stopnie nurkowe. A Józek? Mimo swoich lat wciąż pływa – co roku odbywa kolejne rejsy po Bałtyku, nie okazując, w przeciwieństwie do swojej dawnej załogi, żadnych oznak starzenia się.
Twoje wsparcie przybliża Joseph Conrada do powrotu na morze. Sprawdź, jak możesz pomóc
Przeglądaj inne artykuły
30 cze
Historia czy złom? Czy warto odbudowywać historyczne jachty?
Na jednym zdjęciu widać Juranda jacht, który przez lata służył ludziom morza, szkolił, wychowywał i był częścią ważnej historii polskiego żeglarstwa. Dziś pozostało po nim już tylko wspomnienie i fotografia z ostatniej drogi na złom.
9 lut
Reportaż w TVP Gdańsk
Zacumowany w Polski Klub Morski (PKM) przy Twierdzy Wisłoujście, zapomniany Jacht Joseph Conrad - pierwszy polski jacht oceaniczny ma szansę na drugie życie i powrót do żeglowania
30 sty
Walczą o stalowego 66-latka. Chcą, by Joseph Conrad znów służył na morzu
Historyczny stalowy jacht oceaniczny Joseph Conrad, zbudowany w 1958 roku w Stoczni Gdańskiej, przechodzi proces renowacji, aby po latach intensywnej eksploatacji powrócić do żeglugi i służyć szkoleniu młodzieży. Nad jego odbudową czuwa Stowarzyszenie DyNaMo, które przejęło opiekę nad jednostką w 2025 roku. Gościem audycji „Patent na sternika” jest prezes stowarzyszenia Kamil Stępiń.